Nieczęsto sięgam po krótką formę, jeśli chodzi o literaturę. Od ostatniego zbioru opowiadań, który przeczytałam minęło już ponad pół roku i nic z niego nie pamiętam. Odnoszę wrażenie, że żadnego ze zbiorów, po które kiedykolwiek sięgnęłam nie zapamiętałam tak, bym mogła o nim opowiadać po czasie. Z jednej strony tego typu książki przyciągają do siebie zwięzłą treścią, z drugiej sprawia mi kłopot to, by je ocenić – zwłaszcza wtedy, gdy każde z opowiadań jest tak od siebie różne. Z „Przeklętym królikiem” nie miałam jednak takiego problemu.

Na zbiór składają się opowiadania: „Przeklęty królik”, „Głowa”, „Zimne palce”, „Cieleśnienie”, „Żegnaj, kochanie moje”, „Potrzask”, „Blizny”, „Nie ma jak w domu”, „Władca wiatru i piasku” oraz „Ponowne spotkanie”. Wszystkie łączy to, że są one zarówno mroczne, jak i dosyć specyficzne. Oparte są na grotesce oraz absurdzie. Choć jak pisze sama autorka – jest to zbiór opowiadań poświęcony samotności. I ja się z tym zgadzam, choć jeszcze większą uwagę przyciąga tutaj to, w jaki sposób Bora Chung koncentruje się na turpizmie. Autorka poprzez ukazaną w tekście brzydotę, wszechobecną śmierć i makabrę stara się niejako zmusić czytelnika do refleksji nad ludzką egzystencją. Niecodziennie odbiorca treści spotyka się choćby z historią o wyłaniającej się w toalety głowie, czy lisie krwawiącym złotem. A to i tak tylko początek.

Wtedy po raz pierwszy zaczął szlochać naprawdę, z głębi serca. Nie był to lament kogoś, kto w strachu postradał zmysły, lecz przepełnione smutkiem łzy człowieka, który doskonale rozumiał swoją samotność.

Z racji tego, że pisarka jest magistrem studiów rosyjskich i wschodnioeuropejskich na Uniwersytecie Yale, nie dziwi mnie fakt, że w książce znajdziemy również wątek słowiański, choć to, że akurat polski było dla mnie sporym zaskoczeniem. Odnoszę wrażenie, że autorka w tym konkretnym przypadku odnosi się do pewnego wyobrażenia Krakowa, choć nie nazywa miasta wprost. Ciekawie było wyobrazić sobie miasto, które jest mi bądź co bądź bliskie. Jest to też coś, z czym w literaturze mi po drodze. Lubię wątki polskie przewijające się w zagranicznych książkach. Lubię też tę taką dziwność i brzydotę, surowość i groteskę, która wychodzi z niemal każdej strony „Przeklętego królika”. A gdybym miała wymienić choć jedną wadę tej lektury, to powiedziałabym, że mimo iż opowiadania są według mnie fantastyczne, to jednak nierówne. Najmniej podobało mi się opowiadanie „Blizny”, które w moim odczuciu trochę się dłużyło. Nie uważam go jednak za złe. Może trochę nudne, ale nadal warte przeczytania.

Całe nasze życie ogranicza się do powtarzania w kółko tej jednej czynności, która sprawiła, że kiedyś, w tej jednej, znaczącej chwili poczuliśmy, że dalej żyjemy. Nawet kiedy ten krótki moment mija, przez długi czas powtarzamy tę pozbawioną już znaczenia czynność, byle tylko otrzymać znowu potwierdzenie, że przetrwaliśmy, przeżyliśmy, a w międzyczasie dobre chwile i złe chwile przelatują nam przez palce niczym piasek. Nie rozumiemy nawet, że upływa na tym całe nasze życie.

To była dla mnie prawdziwa literacka uczta. Przedstawione opowiadania są pewnego rodzaju formą antyestetyzmu. Jest to coś, z czym nieczęsto spotykam się w literaturze i zdecydowanie zbyt rzadko, po taką sięgam. Przeczytawszy tę pozycję utwierdzam się w przekonaniu, że muszę bardziej zagłębić się w tego typu książki. Moimi ulubionymi opowiadaniami były „Głowa”, „Nie ma jak w domu”, „Potrzask” oraz „Zimne palce”. Wiem również, że mamy dopiero początek lutego, lecz już śmiało mogę powiedzieć, że „Przeklęty królik” Bory Chung to jedna z pozycji, która kwalifikuje się do zostania najlepszą książką 2026 roku.

Ocena: 5 na 5.

Dodaj komentarz