Czasem warto rzucić się na głęboką wodę – o książkach obcojęzycznych słów kilka

Na ogół nie bawię się w pisanie poradników. Ten wpis postanowiłam poświęcić mojej przygodzie z nauką języków obcych poprzez czytanie książek. I choć ma on wydźwięk poradnikowy, zaznaczam, że to jedynie sugestie, które pomogły mi zachować jakikolwiek ład w tej próbie lingwistycznej.

CZYTANIE KSIĄŻEK A NAUKA JĘZYKA OBCEGO

Przejdźmy zatem do tej „poradnikowej” części wpisu. Wymieniłam tutaj wszystkie rzeczy, które pomogły mi w lepszym zrozumieniu tego co czytam, oraz w samej nauce języków obcych. Dlatego też nie odnoszę się jedynie do angielskiego czy tam norweskiego, ale do każdego języka, którego się uczycie. 

nor

  • Na samym wstępie sprzeciwię się radom większości osób uczących się lub nauczających inne osoby języka: zacznij czytać od początku nauki (ale miej też jakieś podstawowe zasady gramatyczne wklepane do głowy — chociażby jak rozróżnić czasownik od rzeczownika). Wiem, że to trudne. Ba! Nawet będąc na drugim roku studiów skandynawistycznych czytając powieść po norwesku muszę zaznaczać co czwarte słówko i sprawdzać jego znaczenie, przez co moje czytanie trwa okropnie długo (co samą mnie męczy), ale jakoś idzie do przodu i to jest najważniejsze. Poza tym lepiej nauczyć się słówek z kontekstu niźli z „pupy”. 😀
  • Przygotuj ogromne pokłady cierpliwości i energii.
  • Przeszukaj dostępne źródła — i o ile z językiem angielskim nie powinno być problemu, tak te bardziej dla nas abstrakcyjne, jak japoński, hindi czy islandzki mogą stanowić nie lada wyzwanie. W dalszej części wpisu możecie znaleźć przykładowe źródła. 😀
  • Znajdź książkę odpowiednią do Twojego poziomu — przecież nie będziesz od razu zaczynać Hamleta w oryginale ledwo dukając zdania po angielsku. Motywacja spadnie do zera i co wtedy? I tak dla jasności: według mnie ogólnie przyjęta skala językowa od A1-C1 nie jest tutaj wyznacznikiem. Według niej możesz mieć poziom nawet B2, a słabo będziesz sobie radził z książką na poziomie B1, chociażby z powodu opornego stylu autora. U mnie było tak właśnie z książką Margit Sandemo „Ensom i verden” („Odnalezione szczęście”), która z pozoru powinna być prosta do czytania. W końcu to romans, a tam nie powinno być zbyt skomplikowanego słownictwa. Otóż nie! Akcja książki osadzona była w dawnych czasach, a jak powszechnie wiadomo, ludzie wtedy mówili trochę inaczej niż współcześnie.
  • Grubość książki ma znaczenie. No, chyba że lubisz męczyć jedną grubą cegłę pół roku, niż połknąć kilka książek w tym samym czasie. Nie wnikam… Jeśli wiesz, że sobie poradzisz to śmiało, ale na początku bym odradzała. 😉
  • Bez słowników ani rusz! Ile razy zdarza się Wam tłumaczyć słówka, frazy lub zdania w Google Translate? Zapewne jest to jedno z głównych miejsc, po które sięga większość z nas na samym starcie. Problem w tym, że o ile do tłumaczenia zdań czasem się przydaje (choć i tak czasami niezłe kwiatki się zdarzają), tak do konkretnych słówek niekoniecznie. Dlatego też warto sięgnąć po konkretne słowniki internetowe lub stacjonarne, gdzie oprócz tłumaczenia dostępne mamy również odmiany danego słowa, znaczenia podane w zależności od kontekstu (nie zawsze, ale zdarza się) oraz rodzajniki.
  • Zainwestuj w zeszyt i tłumacz tylko te słówka, bez których nie zrozumiesz sensu wypowiedzi. Osobiście uważam, że warto zapisać daną rzecz na papierze, gdyż często nam coś za szybko wylatuje z głowy. Ja niestety na samym początku miałam manierę tłumaczenia wszystkiego jak leci: każdego słówka, którego nie znałam, ale też i tych które znałam, bo wiedziałam, że mogę o nich zapomnieć. Nie ukrywam, że nie ułatwiało mi to zadania, którego się podjęłam. I tak: pisanie tego samego słówka do skutku nie zaszkodzi.
  • Możesz również skorzystać z papieru w książce i zaznaczać w niej rzeczy, których nie rozumiesz. Za to pewnie zostanę spalona żywcem w komentarzach, bo przecież po książkach się nie pisze! Owszem, ale ja piszę. 😀 Jednak tylko po tych, z których uczę się języka. Jest to troszkę niewygodne rozwiązanie, zwłaszcza jeśli czytacie grubego kolosa, ale z cienkimi tomami powinno dać radę.
  • Moja osobista rada, ale jakże pomocna. 😀 Klnij, ile siły w płucach. Wyładuj swoją frustrację w początkowej fazie nauki, kiedy masz ochotę wyrzucić książkę przez okno i nigdy do niej nie wracać. Szybko wyładujemy frustrację, a lektura nie ulegnie zniszczeniu. 😉
  • Szanuj siebie i swój czas! Nikt nie każe studiować literatury codziennie i spędzać nad nią paru godzin! Wystarczy dwadzieścia minut lub strona przerobiona dziennie. Tak niewiele, a z pewnością nie zaszkodzi.

nor

SKĄD BRAĆ KSIĄŻKI OBCOJĘZYCZNE?

Miałam z tym ogromny problem. I jak już wspomniałam wyżej, o ile z literaturą angielską nie mamy problemu, tak bardziej egzotyczne języki często pozostają dla nas niedostępne. Głównie przez wysoki koszt książek sprowadzanych z zagranicy, jak i często poprzez fakt, iż niektóre księgarnie zagraniczne nie oferują przesyłek do Polski lub w ogóle poza granice swojego Państwa. Jak więc sobie z tym poradzić?

  • E-booki — wiem, że nie każdy jest fanem czytania w formie elektronicznej (tak jak ja), jednakże często jesteśmy na to wręcz skazani. Jednak to one są właśnie najłatwiejszą do zdobycia formą książki obcojęzycznej. O ile nie każda księgarnia zagraniczna oferuje wysyłkę do Polski, tak z e-bookiem nie ma problemu. Największy minus? Ceny. Z racji tego, że uczę się języka norweskiego, to i norweskich powieści będę szukać. Jednak nie oszukujmy się… Norweskie ceny bywają dla nas kuriozalne.
  • Portale internetowe typu Allegro lub Olx — czasem nie zdajemy sobie sprawy, że tak naprawdę masę materiałów do czytania mamy praktycznie pod nosem. I choć większość z tych dostępnych na Allegro to egzemplarze już używane, to często znajdziemy je tam praktycznie za grosze.

Bez tytułu

  • Blogerzy — tak właśnie, blogerzy. Zwłaszcza ci piszący o językach obcych. Często widzę, jak na swoich fanpage’ach lub na Instagramie próbują sprzedać powieści, których już nie będą czytać. Swoje cztery egzemplarze serii z Robertem Langdonem, Dana Browna po szwedzku odkupiłam od Pauliny z Marchewkowej Skandynawii. Można? Jak najbardziej!
  • Grupy facebookowe wymiany lub sprzedaży książek — i niestety nie wymienię tutaj wszystkich, ponieważ jest ich naprawdę sporo. Wystarczy członków takiej społeczności zapytać, czy nikt nie ma na sprzedaż, czy nie wiedzą przypadkiem, gdzie można taką lekturę kupić lub nawet dostać za darmo. Tylko pamiętajcie, by najpierw skorzystać z lupki w takiej grupie, bo powtarzające się pytania bardzo irytują i często zamiast odpowiedzi na zadane pytanie, dostaniecie upomnienie lub nieprzychylne komentarze.
  • Language meetings — czyli spotkania, kafejki językowe itp. Najlepiej z native speakerem, ale niekoniecznie. Zawsze można zapytać o to czego w danej książce nie rozumiemy, lub po prostu podyskutować na ciekawe tematy i poznać nowych ludzi. Czasem zdarza się, że osoby na takich spotkaniach przynoszą różne rzeczy dla innych jako prezent, w tym książki właśnie (bo np. jest ktoś na Erasmusie, niedługo wyjeżdża i chce się podzielić częścią swojej kultury). Super, co nie? 🙂
  • Znajomi — ci mieszkający za granicą, uczący się tego samego języka co Wy, studiujący razem z Tobą, lub po prostu znajomi z kół zainteresowań. 🙂
  • Targi Książki — jednakże tutaj zależni jesteśmy praktycznie od gości honorowych. Odniosę się do zeszłorocznych Targów Książki w Krakowie podczas których, można było wymienić się z innymi czytelnikami książkami po szwedzku, jako iż gościem honorowym była właśnie Szwecja. Niestety nie jest to zależne od nas i tak naprawdę trzeba przeczekać i „wstrzelić się” w odpowiednim czasie.
  • Biblioteki — wyobraźcie sobie, że mieszkając w Krakowie ponad dwa lata, przy ciągłym szukaniu prozy norweskiej w oryginale nie przyszło mi do głowy zajrzeć do biblioteki… I o ile wiem, że w zwykłej bibliotece miejskiej znajdującej się 300m od domu raczej nie znajdę nic co mnie zainteresuje, o tyle w wojewódzkiej już tak. A ta w Krakowie ma całkiem niezły asortyment. Dopiero założyłam w niej kartę, a już wypożyczyłam dwie książki, z których czerpię radość i się uczę. Znalazłam w niej powieści w języku chińskim, japońskim, hebrajskim, szwedzkim i wielu innych, a były też i audiobooki. Za darmo, tyle że ograniczone czasowo. Może w Waszych miastach też macie dostęp do takich książek i nawet o tym nie wiedzieliście?
  • Nauczyciele — oczywiście ten, kto jest na studiach filologicznych ma łatwiej. Zawsze może zapytać, czy wykładowca nie ma jakiejś ciekawej lektury do pożyczenia lub na zbyciu. Trudniej mają ci, którzy nie chodzą na żadne kursy językowe, a raczej uczą się sami w domu i dla siebie. Szczerze mówiąc nie wiem jak dokładnie ten sposób miałby pomóc w takim przypadku, więc chyba skłaniałabym się jednak ku znajomym. 😉

Oczywiście to tylko moje propozycje. Wiem, że nie każdy ma w swoim mieście bibliotekę z zasobem powieści obcojęzycznych, znajomych z dostępem do takiej literatury, czy po prostu pieniędzy. Dlatego potraktujcie te punkty, jako sugestie, nie obowiązek.

NOWY JĘZYK 

Dlaczego nie było mnie tak długo? Głównie dlatego, że początek tego semestru był dość wymagający i trzeba było się troszeczkę ogarnąć oraz zorganizować sobie czas (który ku mojemu i innych niezadowoleniu nie ulega zmianie). Mimo to uznałam, że to dobra pora na dorzucenie jednej rzeczy według swojego własnego widzimisię. Dlatego powitajcie na blogu w zakątku skandynawskim (tylko z nazwy, bo ogół dotyczy krajów nordyckich) więcej ciekawostek językowych o języku norweskim i fińskim! Tak, podjęłam się tego trudnego zadania i zaczęłam uczyć się fińskiego na poważnie (nie, to nie jest żart na Prima Aprilis). 🙂

Mam nadzieję, że tym wpisem rozwiałam Wasze wątpliwości lub jakakolwiek rada z powyższych będzie dla Was pomocna. 🙂

Vi ses!

2 myśli na temat “Czasem warto rzucić się na głęboką wodę – o książkach obcojęzycznych słów kilka

  1. Bardzo przydatny wpis. Sama też staram się czytać w językach obcych. Książki po angielsku i niemiecku, a prasę dodatkowo jeszcze francusku, włosku i rosyjsku. Są to stosunkowo popularne języki, dlatego dość łatwo znaleźć ciekawą literaturę, czy artykuły, żeby polepszyć swoje umiejętności na różnych poziomach zaawansowania. Masz rację, dobrze jest się rzucić na głęboką wodę (ale nie za głęboką – tak jak wspomniałaś o czytaniu „cegły” w obcym języku). Ogromny respekt za norweski! I życzę powodzenia z fińskim 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s